piątek, 10 października 2014

Kilka słów od autora.

Drodzy czytelnicy, poraz kolejny wniosłem poprawki do strony "Bhaterowie" jednak zapewniam że to już ostatnie zmiany bohaterów, jeśli ktoś zauważy że któreś zdjęcie mu się nie wczytuje lub nie chce się wyświetlić, proszę powiadomić mnie komentarzem. Dziękuje :)

piątek, 3 października 2014

Rodział V - nowi uczniowie

-Zostawcie ich- polecił Uchiha. Blondyn i jego banda spojrzeli po sobie i wybuchli śmiechem.
-Bo co nam zrobisz?- spytał. Znowu rozbrzmiały śmiechy i drwiny, blondyn z kocimi wąsami jak i Uchiha zrobili zdenerwowane miny.
-Chyba powiedział wyraźnie- nagle zza ściany spokojnym poważnym krokiem wszedł On, spojrzał na blondyna i resztę a ci zamilkli- Zmiatajcie- polecił. Blondym i reszta niepewnie drgnęli i po chwili wybiegli z uliczki przerażeni. Powoli wstałem nie mogąc uwierzyć własnym oczom, On przyszedł nam na ratunek?- spytałem się w myślach patrząc jak Uchiha Itachi bierze rozbawionego braciszka na barana.
Otrzepałem się z kurzu.
-Jesteś cały?- spytał Natsuo podchodząc do mnie wraz z resztą, spojrzałem na nich zdziwiony, potem spowrotem na Itachi'ego i resztę. Spoglądali tu, Itachi mnie chyba poznał. Nie, jego oczy mówiły wyraźnie że mnie zna.
-Dzięki- odparłem- Sam sobie poradzę- rzuciłem i ruszyłem ku wyjściu, mijając grupkę "wybawicieli" czułem na sobie ich zdziwione spojrzenia, to samo mijając Setsunę.
Wychodząc z uliczki skręciłem na lewo i skierowałem się na ulicę główną, a potem już prosto do klanu Uchiha i do domu. Jak chyba wszyscy wiedzą klan Uchiha nie mieści się bezpośrednio w wiosce, jednak nie wiem dokładnie dlaczego. Gdy kiedyś spytałem matki tylko zrobiła smutną minę a ojciec zdzielił mnie plaskaczem za wtrącanie się w nieswoje sprawy. Wiem jedynie że to jest związane z wydardzeniami z przeszłości.
Naburmuszony dotarłem w końcu do domu, zostawiłem buty przed drzwiami wejściowymi i na bosaka wszedłem do środka, jak zwykle na powitanie przybiegła Yumi, akurat teraz gdy wyglądałem tak a nie inaczej.
-Atasu..!- Yumi przerwała swój codzienny okrzyk radości na mój widok i przeraziła się na widok mojej twarzy. Super- pomyślałem- jak ojciec znów to zobaczy to będzie jeszcze gorzej niż ostatnim razem.
-Huh?- zamarłem gdy spojrzawszy na Yumi dostrzegłem że się uśmiecha, i to nie był empatyczny uśmiech lecz uprzejmy. Podeszła do mnie delikatnie stąpając po podłodze, zatrzymała się tuż przede mną i wyciągnęła ręce do góry chcąc złapać mą twarz, była jednak zbyt niska. Jednak jakaś niwidoczna siła kazała mi przykucnąć, powoli ugiąłem kolana i stanąłem na nich będąc równy wzrostem z nią.
Dalej uśmiechnięta objęła dłońmi moją twarz i przechyliła głowę nie zdejmując z twarzy swojego uroczego uśmiechu, nagle zamarłem jeszcze bardziej, moja twarz (a dokładniej miejsca gdzie została ona uszkodzona przez uderzenia) zaczęła mnie lekko swędzieć, jednak nie to było najdziwniejsze lecz to, że rany promieniowały jasnym białym światłem. Po chwili światło znikło i swędzenie ustało, Yumi zabrała dłonie z mojej twarzy i uśmiechnięta wróciła skąd przybiegła (czyli z kuchni). Osłupiały wpatrywałem się w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stała, położyłem dłoń na policzku, nie wyczuwałem żadnych ran, krwi ani brudu. Po chwili wstałem z kolan i otrzepując je ruszyłem za Yumi do kuchni nadal bojąc się reakcji rodziców.
Wszedłem nieśmiało, rodzice spojrzeli na mnie zadowoleni, i nagle zgon. Serce biło mi jak walone gdy ku mojemu ogromnemu zdumieniu nie zareagowali wcale na moją twarz, uśmiechali się promiennie jak zwykle (jak zwykle to znaczy od tych kilku miesięcy). Zszokowany spojrzałem na czajnik stojący po mojej lewej, w jego metalowej obudowie się przejrzałem nie zwracając uwagi na zniekształcenia mojej postury spowodowane kulistą budową czajnika. Moja twarz była nietknięta, co więcej nieskaźitelnie czysta. Nie wiem co mi zrobiła i co to było ale byłem niezwykle wdzięczny Yumi.
-Coś się stało? Atasuke?- spytała mama, spojrzałem na nią, po chwili przeniosłem wzrok na Yumi i spowrotem na mamę.
-Nie..- odparłem- Wszystko jest ok- odpowiedziałem, co bardzo ucieszyło mamę i szybko poprawiło jej chumor. Usiadłem do stołu obok Yumi która jakby nigdy nic jadła sobie ramen.
-A więc- zaczął ojciec nie udając zainteresowania- Jak tam pierwsze zajęcia praktyczne?
-Umm..- nie wiedziałem co odpowiedzieć- Dobrze, miałem prawie najlepsze wyniki z trzech zadań- pochwaliłem się nie emanując zbyt wielką radością i chwałą.
-No cóż, to dowodzi że faktycznie należysz do klanu Uchiha.- "poddając się wyrzekasz się swojego klanu" słowa Fiijo dudniły mi w głowie gdy ojciec pochwalił mnie swoimi słowami.
-Coś nie tak?- spytał zaniepokojony ojciec widząc moją minę.
-Ouh..- otrząsnąłem się- Nie, wszystko w porządku. Przepraszam- dodałem- Za dużo wrażeń, po prostu nie jestem głodny- zdobyłem się na kłamstwo. O dziwo uwierzyli mi, ojciec głowa wskazał ku wyjściu z serdecznym uśmiechem co znaczyło "Idź". Z niedowierzaniem spojrzałem na mamę, uśmiechnęła się.
-Dziękuję- wstałem od stołu i udałem się niemalże biegiem do swojego pokoju. Zamknąłem za sobą drzwi i stanąłem w miejscu osłupiały. Co się dzieje?- spytałem się w myślach. I do tego ta dziwna sytuacja z Yumi, co to miało być? Złapałem się za twarz i wymacałem jakiś ran, jednak na nic nie natrafiłem.
Te wszystkie dziwne zachowania zaczynały mnie przerastać, nie wiedziałem już jak mam się w jakiej sytuacji zachowywać. To było koszmarne uczucie. Zdecydowałem się wyjść na świeże powietrze, pierwszy raz zgłosiłem to rodzicom i pierwszy raz nie mieli nic przeciwko. Ba! Nawet mi pozwolili i kazali na siebie uważać. Ubrałem swoje niebieskie sandały i opóściłem naszą posiadłość, rozejrzałem się na prawo i lewo by upewnić się czy i tym razem Fiijo się gdzieś nie kręcił, jednak nawet gdyby tak było i tak nie dałby się zauważyć więc skierowałem się w prawo i po kilku minutach dotarłem nad staw. Stanąłem na końcu drewnianego pomostu i spojrzałem na swoje odbicie w błękitnej wodzie. Staw był taki spokojny, woda lekko kołysała się przez ryby pływające pod powierzchnią. Zamknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech, po chwili gdy poczułem że jestem gotów otworzyłem oczy patrząc srogo przed siebie i formując pieczęci przyłążyłem do ust dwa palce złączone w koło.
-Katoon! Gokyakyu no Jutsu!- zabrzmiałem i nabierając do płuc powietrza wypuściłem je ziejąc potężną chmurą ognia, utrzymałem ją dopóki nie brakło mi tchu (czyli jakieś 15 sekund). Potem już przestałem ziać i stanąłem na ugiętych nogach.
-Źle- skrytykowałem sam siebie, powtórzyłem pieczęci i poraz kolejny zionąłem ogniem.
-Źle- powtórzyłem tę czynność już kilka razy, w pewnym momencie byłem już tak wściekły na siebie i swoją słabość że momentalnie znów sformułowałem pieczęci.
-Katoon! Gokyakyu no Jutsu!- zabrzmiałem i nabierając maksymalną ilość powietrza do ust wypuściłem je koncentrując się na przepływie chakry. Z moich ust najpierw wleciał mały płomień lecz tuż po sekundzie jak nie mniej ten płomyczek zamienił się w przeogromny płomień, który swoją szerokością zajął conajmniej połowę stawu. Ziałem tak jak najdłużej czując jak ogarnia mnie niesamowita adrenalina, ogromna dawki pozytywnej adrenaliny. Dłużej już nie mogłem więc przestałem ziać i lekko ugiąłem kolana ze zmęczenia i dysząc ciężko cieszyłem się sam do siebie, pierwszy raz w życiu nie mogłem powstrzymać swojego uśmiechu.
-Taaak!- wydarłem się wyrzucając swoją pięść do góry, bez zastanowienia rzuciłem się biegiem do klanu by znaleźć Fiijo. Udało mi się!- mówiłem do siebie w myślach nie ukrywając satysfakcji- Naprawdę to zrobiłem.
Biegałem z uliczki na uliczkę, nigdzie go nie mogłem znaleźć, po chwili wpadłem by zajrzeć do niego do domu, skręciłem w prawo i pobiegłem prosto do jego domu. Zadyszany zapukałem do drzwi, w sumie to nie było pukanie tylko oszalałe walenie. Po niedługiej chwili drzwi się uchyliły i stanął w nich Fiijo.
-Atasuke?- zdziwił się, w jego oczach dało się dostrzec niechęć, jednak byłem zbyt zajęty szaleniem ze szczęścia by to zauważyć.
-Musisz ze mną iść!- złapałem go za nadgarstek i pociągnąłem za sobą, poleciał za mną nie wiedząc co ma zrobić.
W momencie gdy poczułem że już nie muszę go ciągnąć puściłem jego rękę i zaprowadziłem nad staw.
-Atasuke, mówiłem ci już że nie..- zaczął.
-Nie. Poczekaj- wtrąciłem się ucieszony że mam szansę naprawić swój błąd i pokazać że naprawdę jestem Uchiha.
-Ale co ty...- przerwał widząc że staje na brzegu pomostu i formuje pieczęci.
-Katonn! Gokyakyu no Jutsu!- krzyknąłem i powtórzyłem swój wyczyn. Z moich ust wystrzelił potężny obłok dymu zmieniając dzienne światło w ciemno pomarańczowe spowodowane ogromną ilością ognia. Skończyłem po kilkunastu sekundach i spojrzałem na Fiijo z nadzieją w oczach i szerokim uśmiechem satysfakcji. Był zszokowany, mimo iż już przestałem ziać to on i tak dalej wpatrywał się ponad moją głową w miejsce gdzie jeszcze niedawno buzował potężny ogień. Ucieszyłem się jeszcze bardziej. Powoli przeniósł swój wzrok na mnie.
-Ty.. - zaczął.
-Zrobiłem to!- dokończyłem nie mogąc już wytrzymać napięcia- W końcu mi się udało.
-Istotnie..- w końcu wydusił nadal zszokowany, po chwili zamknął oczy i uśmiechnął się, poczym znów na mnie spojrzał wracając do swojej luźnej postawy i uśmiechu- Istotnie jesteś wybitnym Uchiha.
-Uh?- to już mnie troche zdziwiło.
-Wiedziałem to już na początku- dodał.
-Jak to..- nie ogarniałem sytuacji.
-Twoje Mangyekyou zawsze było większę i dokładniejsze od pozostałych, jednak brakowało ci tej iskry w tym ataku. Specjalnie poruszyłem twoje serce tamtymi słowami i zostawiłęm cię tamtego wieczora- spojrzałem na niego jescze bardziej zdziwiony- Wiedziałem że zrobisz wszystko by oczyścić swoje imie- uśiechnął się.
-Czyli że ty wcale nie..- zacząłem znowu.
-Czy wcale nie uważałem że jesteś słaby i hańbisz swój klan? Nie- ta odpowiedź zrzuciła mi kamień z serca- Jednak rozczarowało mnie troszkę że zajęło ci to tak dużo czasu- teraz to ja się uśmiechnąłem lekko zawstydzny masując tył głowy.
-Musiałem sobie to wszystko przemyśleć.
Byłem z siebie dumny, nie tylko dlatego że w końcu dopracowałem swoje Gokyakyou ale też dlatego że tak naprawdę nigdy nie splamiłem swojego nazwiska.
-No cóż, od teraz musisz mi a przede wszystkim sobie obiecać że już nigdy więcej nie zlekceważysz moich poleceń i nie poddasz się treningowi.- Znowu szok.
-Zaraz.. To znaczy że znów będziesz mnie trenował?
-Atasuke- spojrzał mi w oczy uśmiechając się ciepło- Nie ma żadnego "znowu", trenowaliśmy przez cały ten czas- patrzyłem na niego z niedowierzaniem i z niezrozumieniem.
-Jak to?
-Nie musiałem nad tobą stać żeby cię trenować, zadziałałem na ciebie z innej strony.
-Z jakiej?- spytałem.
-Kiedyś, gdy wyrośniesz na wspaniałego shinobi i będziesz mieć swoich uczniów, zrozumiesz.
-Powiedz mi, Fiijo- nalegałem. Zaśmiał się.
-W swoim czasie- uśmiechnął się. Zrobiłem obrażoną minę, zaśmiał się wczesał pacle w moje włosy rozczochrując je na boki.
-Dzisiaj nie mogę, lecz jutro o tej samej godzinie bądź na górze Hokage,.
-Góra Hokage?- zdziwiłem się że akurat tam.
-Tak, od jutra zaczniemy kolejny etap treningu, a teraz biegnij do domu- uśmiechnąłem się i ucieszony poleciałem w stronę domu.
Coś mi się przypomniało, odwróciłem się by zawołać Fiijo lecz ku mojemu zdziwieniu już go tam nie było. Patrzyłem zdziwiony w miejsce gdzie jeszcze przed momentem stał Fiijo, zapomniałem się go spytać po co przychodził przez cały czas do mojego ojca, skoro nie w sprawie mojego treningu.

*     *     *

-No dobrze- powiedział Iruka do swoich trzech nowych uczniów- wiem już że wy i kilku innych byliście na wycieczce poza wioską i tylko to was usprawiedliwia i pozwala wam dołączyć do moich zajęć- spojrzał po nich, każdy z nich różnił się i nie mam tu na myśli tylko wyglądu. Dziewczyna, różowe włosy, szkarłatne oczy i słodki wyraz twarzy objawiający zainteresowanie i uwagą tego co mówi nauczyciel. Blondyn, po trzy kocię wosy na policzkach, niebieskie oczy, zadziorna twarz i ciemnozielone gogle z ciemnymi szybkami na czole, on z kolei zainteresowany był muchą latającą wokół jego głowy. Brunet, młoda lecz poważna twarz, w świetle słońca jego włosy zdawały się mienić granatowym kolorem, ciężko było powiedzieć czy interesował go Iruka czy może cokolwiek innego- Z racji tego że klasa pisała już kilka testów i wykonała jeden praktyczny musicie nadrobić, dziś nie mam przy sobie testów pisemnych więc zaczniemy od praktyki, kto pierwszy?
Nikt się nie odezwał, dziewczyna spojrzała po chłopakach i zawstydzona uniosła rękę (ku zdziwieniu blondyna).
-Haruno Sakura, bardzo dobrze- podał jej pięć shurikenów i pokazał pięć tarczy- Wiesz co masz zrobić? 
-Mhm.- przytaknęła. Jeśli tylko trafię Sasuke na pewno mnie zauważy!- powiedziała sobie w duchu, poczym wykonała dwa rzuty, najpierw trzema potem dwoma, mina jej zrzędła gdy trafiła dwoma w dwa środki i pozostałymi w pola tarcz. Czując się poniżona wróciła na swoje miejsce, Iruka zanotował wynik i chciał przywołać Uchiha Sasuke, lecz blondyn stanął przed nim z szerokim uśmiechem.
-Teraz ja!- wziął od lekko znudzonego takimi sytuacjami Iruki 5 shurikenów. Sakurcia.. tylko popatrz- pomodlił się w duchu. Wykonał rzuty. Trafił tylko jednym w środek, dwoma w pole, jednym drasnął drzewo a ostatnim przerzucił.-Łee!? 
-Uzumaki.. Naruto..- Iruka spisał jego wynik i tym razem nie bojąc się że ktoś mu przerwie otworzył usta by przywołać Uchiha Sasuke, jednak zawiódł się gdy ten nie przyszedł sam nie czekając aż ten go zawoła. Sasuke chwycił shurikeny między palce obu rąk (dwa w lewej i trzy w prawej) i rzucił wszystkimi naraz,
wynik Sasuke był najlepszy ze wszystkich, każdym shurikenem trafił we wszystkie środki.
-Zdumiewające- pochwalił Iruka- Cieszę się że mamy w klasie dwóch wybitnych Uchiha. 
-Dwóch?- zdziwił się Sasuke, Naruto i Sakura spojrzeli na nich.
-Tak, Ty i Uchiha Atasuke, syn zastępcy komisarza policji w wiosce liścia, czyli twojego ojca.
Ach, ten- przypomniał sobie ów chłopca.
Następny test należał do Sakury, jej pióro było nawet lepsze od Setsuny, natomiast Sasuke i Narut wyciągneli niemal że do mocniejszego różu. 
-No dobra, czas na ostatnią część zajęć, z racji tego że jest was trójka, i tylko jedna dziewczyna, Sakura wykona to zadanie kiedy indziej. Natomiast Sasuke i Naruto, wy rozegracie swoje Kumite Shinobich tutaj. Wskazał przed siebie. Ustawili się przed sobą. Wokół zebrali się pozostali uczniowie ciekawi nowych uczniów, wszyskie dziewczyny (łłącznie z Sakurą) wiwatowali na cześć Sasuke i kibicowali mu. Nie było jedynie Atasuke, Natsuo i Setsuny. Naruto przypomniał sobie chwilę gdy trzeci stał przed jego domem, chwilę gdy obserwował Sasuke wchodzącego do klanu, chwilę gdy wszystkie dziewczyny wychwalały Sasuke.Chwilę gdy ten uderzył go na placu, w chwili gdy Iruka ich wyczytał, Naruto obserwował rywala nienawistnym wzrokiem. Nagle oboje ruszyli na siebie..


To trwało sekundy, Naruto nie mógł uwierzyć w to co się stało przed chwilą. Obserwował Sasuke z niedowierzaniem, podczas gdy wszyscy wyśmiewali się z niego i chwalili Sasuke, który zlewał ich słowa.
Mimo iż nie chciał w to wierzyć wiedział jedno, To było niesamowite.

*     *     *

Wróciwszy do domu od razu poszedłem do pokoju, wskoczyłem do łóżka i poszedłem spać, byłem wyczerpany.
Następnego ranka wstałem jak zwykle przed siódmą, zjadłem śniadanie przygotowane przez mamę i wyszedłem do akademii. Przestałem już zwracać uwagę na ich zachowanie (rodziców), byłem szczęśliwy że w końcu Fiijo będzie mnie znowu trenował. W sumie już nie mogłem się doczekać gdy dzisiaj rozpoczniemy naszą drugą lekcję.
W akademi było nudno, znowu dużo teorii jaką podał nam Iruka, trochę było pośmiewiska z Natsuo, lecz ten nie czuł się sam, z Naruto też było dużo śmiechu. 
Po godzinie piętnastej Iruka wypuścił nas do domu, tym razem ja z zacieszem  na twarzy pobiegłem od razu bez chwili zastanowienia na górę Hokagę. 
Dotarłem tam po niecałych 15-tu minutach, Fiijo już tam czekał, stał luźno z uśmiechem, ciężar ciała przerzucony na lewą nogę, lewa ręka oparta o biodro.
-Już jestem- przybiegłem  i zdyszany oparłem się o kolana. 
-Odpocznij trochę i zaczynamy- uśmiechnął się.
-Nie ma takiej potrzeby!- wyprostowałem się- Zaczynajmy od teraz- ucieszyłem się.
-No dobrze..- spodziewał się chyba że będę chciał odpocząć- Cóż, dzisiaj weźmiemy się za twoje Taijutsu. Rozmawiałem z twoim nauczycielem, słyszałem że w tempie natychmiastowym położyłeś tamtego chłopca, jednak nie o to chodziło. Mieliście się wykazać swoimi zdolnościami Taijutsu, tak więc chciałbym sprawdzić jak sobie radzisz. 
-Jasne! Kto będzie moim przeciwnikiem?- rozejrzałem się zaciekawiony. 
-Ja- wskazał kciukiem na siebie.
-Huh?- zdziwiłem się- ale jak to ty..- zmieszałem się trochę- Przecież nie mam z tobą szans- zaczął się śmiać.
-Dziś będę się tylko bronił, wyobraź sobie że jestem twoim najgorszym wro..- przerwałem mu szybkim kopnięcięm z pół obrotu, zasłonił się gardą- Atak z zaskoczenia? Dobry początek- pochwalił półszeptem, przystąpiłem do następnych ataków, atakowałem z całych sił. Walczyłem na poważnie. Jednak (co wcale nie jest dziwne) nie trafiłem go ani razu. Ciągle albo uciekał albo blokował. Podcięcie- podskok, seria prostych i kop- uniki i blok. Tak z każdą sytuacją. W pewnym momencie gdy nie udała mi się miotełka podkoczyłem robiąc salto w miejscu i prawą nogą kopnąłem go w brodę (a przynajmniej taki miałem zamiar) ten się tylko uchylił, zatoczyłem ciałem pełne koło w powietrzu i będąc głową przy ziemi stanąłem na rękach i obracając się napierałem na niego ciągłymi kopnięciami. Po chwili złapał moją stopę i odepchnął do tyłu, wróciłem na nogi i rzucił się na niego biegiem. Atakowałem bez przerwy, coraz trudniej było mi złapać oddech, zaciskałem zęby i coraz mocniej marszczyłem brwi.
Prawy sierpowy w ciąglym naparciu, przekierował go na lewo, obrót o 360 stopni i uderzenie nogą, seria kilku ciosów i wykop z podskoku- unik! Wylądowałem na zgiętych nogach, pooddychałem przez chwilę i znów na niego ruszyłem. Nie dało się usłyszeć nic oprócz naszych kroków, mojego sapania i dźwięków uderzeń. Kop z pół obrotu, cios, cios, hak, cios wyskok i podwójny kop z salta. Rzuciłem się na niego z prawym prostym, wyprowadziłem atak, wytrzeszczyłem oczy gdy Fiijo przemknął moim lewym bokiem obok ataku, obok mnie, stanął za mną i złapał ręką za moją głowę. Zatrzymałem się, wszystko działo się tak szybko że dopiero teraz zdążyłem zareagować. Oddychałem ciężko, nogi miałem lekko ugięte, ręce zwisały mi bezwładnie, dyszałem otwartą buzią. Fiijo rozczochrał mi fryzurę jak ostatnio i obrócił mnie do siebie kładąc rękę która trzymał mnie za głowę na swoim prawym biodrze, uśmiechał się. Nie drwiąco, był bardziej zadowolony, może dumny ale na pewno nie rozbawiony. Patrzyłam na niego z niekrytym podziwem.
-Jesteś zdolny- powiedział dalej się uśmiechając serdecznie.
-I co? Nie trafiłem cię ani razu- obrażony rzuciłem zakładając ręce na klatce piersiowej. Fiijo kucnął naprzeciw mnie.
-Atasuke, jesteś naprawdę zdolnym uczniem, nie obwiniaj się i swoich słabości gdy nie możesz kogoś pokonać. Jest wielu silnych shinobi którzy słyną ze swoich umiejętności, jednak żaden z nich nie jest niepokonany- tłumaczył- Jeśli tylko uwierzysz w siebie, możesz przewyższyć tych wszystkich shinobi. Nie z racji tego że jesteś Uchiha czy dlatego że masz potencjał. Ale dlatego- wskazał palcem wskazującym na moje serce, spojrzałem na palec i po chwili na niego z cichym zdziwieniem- że sam w to wierzysz. Cała wiara jest właśnie Tu- dalej trzymał palec w miejscu gdzie mam serce, po chwili go zabrał- Tu gdzie wszystkie marzenia mają swój początek. Uwierz w nie, a na pewno się spełnią- znów się uśmiechnał zamykając oczy i przechylając głowę. Rzuciłem się my na szyję i przytuliłem, spojrzał nie mnie zdziwiony.
-Dziękuje- powiedziałem w końcu- dziękuje że mi pomagasz. Patrzył zdziwiony jeszcze przez chwilę, poczym znów się uśmiechnął rozumiejąc sytuację i odwzajemnił uścisk. Po chwili puściłem go, wyprostował się i odstąpił ode mnie na dwa kroki. Patrzyłem na niego.
-Jeszcze raz!- polecił, zdziwiłem się, po chwili jednak zrozumiałem i robiąc pewny siebie uśmiech będąc gotowym, znów na niego natarłem. Tym razem nie bronił się, nie tylko. Stopniowo zaczął wprowadzać swoje ruchy. Najpierw słabe pchnięcia, a z czasem, wraz z upływem dni, tygodni, miesięcy wkładał w nie coraz to więcej siły. Nasze treningi stawały się coraz bardziej zręczne i stanowcze. Moje starania dawały coraz to większy efekt. Ćwiczyliśmy codziennie, od godziny 15 do późnych wieczorów, przez całe dwa lata aż do dziś.

 *      *      *

Prawy prosty, obrót o 360 stopni, będąc jeszcze tyłem wyciągnąłem kunai prawą ręką i zakręcił nim o palec po czym stojąc znów przodem do Fiijo atakowałem go cięciami, z początku unikał ale po chwili wyjął swoje dwa i zaczął blokować i oddawać swoje ataki. Sparowaliśmy już długo a i tak nie czułem większego zmęczenia, podobnie jak Fiijo. Obroniłem dwa cięcia i kucnąłem unikając kopnięcia, momentalnie wykonałem miotełkę by go podciąć lecz ten podskoczył i natarł na mnie z góry prostując ku mnie nogi, złapałem je blokując uderzenie i wybiłem do góry jednak Fiijo szybko wykonał salto lądując na prawej ręce i podskoczył nią obracając się w powietrzu, rzucił we mnie kilkoma shurikenami i stanął spowrotem na nogach widząc że odbiłem shurikeny natarł na mnie a ja na niego. Tak za każdym razem, moje ataki jego unik, jego ataki mój unik, potem blok, skok, cięcie, drugie cięcie. Opisywanie tego trwa długo jednak całe te zdarzenia trwały zaledwie sekundy.
 Mężczyzna stanąl na skale i z rękoma w tyle i poważną miną obserwował nasze kumite. Był już wieczór, słońcie zachodziło rzucając na nas pomarańczowe światło dobiegające zza horyzontu.
Mężczyzna patrzył nie okazując żadnych uczuć na trening syna, nie pokazywał tego ale był dumny że trenuje razem z Fiijo. Uśmiechnął się zamykając oczy i spuszczając lekko głowę, poczym odwrócił się i odszedł.